czarno-biały pamiętnik
monizda.blog.interia.pl
O mnie...
monizda
29
,
Olsztyn
Słówko o mnie
jestem nienormalna...
Zobacz mój profil
Masz mi coś do powiedzenia!? - Księga gości
 

czasem warto poświęcić chwilę...
 

 




czasem nawet dwie...

 

 

 

Muzyka na dziś... 
bobby womack...
california dreamin'
...
Kliknij na gramofon...

 

Notki
2011-12-11 Znów...

Znów pogubiłam się w życiu... a było już dobrze - były skowronki, tęcze i inne brokaty. Cieszyłam się i wydawało mi się, że cieszę się szczerze i z rozmysłem. Ale nie... jak zwykle zatonęłąm w morzu wątpliwości, a horyzontu nie widać. Nie wiem, po prostu nie wiem. Jestem przerażona...

2011-05-21 Rapture...
Miał być koniec świata... i co? To po co ja nogi ogoliłam?? Co za bullshit. Czekam na ten w 2012, centralnie przed moimi trzydziestymi urodzinami.
 
2011-03-21 Pierwszy dzień wiosny...
Dlaczego niektórym kobietom wiatr pięknie rozwiewał włosy, a innym robi na łbie totalny burdel? I dlaczego ja muszę się zaliczać właśnie do tych drugich?? Oh oh oh, jak ciężko jest być karykaturą kobiety, niezależnie od warunków meteorologicznych. Ale mimo wszystko jest mi pozytywnie. I wesoło. Bo wiosna nadejszła. I choć wiosenny wietrzyk będzie mi robił z włosów mietłę, to jakoś nie mogę się zmusić do pierdolnięcia fochem. I żeby było jeszcze pozytywniej i jeszcze weselej, zamierzam w symbolicznym geście ukartupić Marzannę. A że mię trochę lenistwo spowija, i ciężko mi się przejść te 300 metrów do naszej Łyny, mordu dokonam w jedynym dostępnym ujściu wody w tym domu... w kiblu. Bo czy to ma jakieś większe znaczenie, gdzie Marzanna dokona żywota? ŻEGNAJ ZIMO!!!


2011-03-07 Umarłam...
Umarłam. Nawet nie wiem jak, ale chyba spokojnie. I choć nie oddychałam, a serce nie pompowało już krwi, nadal żyłam... o ile można to nazwać życiem. Najbliższe określenia mojego stanu, które przychodzą mi na myśl to „żywy trup” lub „wampir”, ale i jedno i drugie właściwie nie pasuje. Żywe trupy, a.k.a zombie, kojarzą się z nadgniłymi zwłokami, które to pałętają się po ulicach kiepskich filmów żądając mózgów. Fakt, logicznym jest, że jak ktoś umiera to rozpoczyna się proces rozkładu i dlatego te zombiaki za przystojne nie są. Ale z drugiej strony, jak ktoś umiera, to nie powinien popierniczać po ulicach wcinając ludzkie podroby, tak? Nie byłam żywym trupem, bo, choć zupełnie martwa, zachowałam nie tylko czynności motoryczne, ale również normalną postać. Może jednak troszkę zbyt bladą niż nakazują aktualne trendy - stąd porównanie do wampira. Poza tym, w tej mojej pośmiertnej postaci było coś z wampirzej majestatyczności... ale za to charakteryzował mnie całkowity brak żądzy krwi.  A tak właściwie, to brak żądzy czegokolwiek. Byłam zwykłym trupem bez potrzeb fizjologicznych, ale nadal byłam człowiekiem, wśród innych ludzi. I takich jak ja były setki, tysiące, może nawet miliony. Wmieszani w tłum, nadal wykonujący swoje zawody. Żywi postrzegali nas jako zupełnie normalne jednostki, nie różniące się od innych. Zdaje się, że nie dostrzegali nawet naszej bladości, czy sinych ust. Dla żywych, i my byliśmy żywi. Nie wiem, co ich tak zaślepiało... ale wiem, że po śmierci to zaślepienie znika zupełnie. Świat wygląda zupełnie inaczej, choć w sumie ciągle jest taki sam... ale więcej widzisz, czujesz świat każdą komorką swojego martwego ciała - kolory zdają się mieć zupełnie inne natężenie, a puste do tej pory miejsca zaczynają tętnić życiem istot, o których istnieniu nawet nie marzyłeś. Nie da się tego opisać. Wszystko jest jakieś takie... nierzeczywiste, makabra przeplatająca się z surrealizmem. Piękne, ale przerażające zarazem.

Siedziałam na miejscu pasażera w czymś, co mogło być tylko powiększoną wersją kolorowego samochodzika, jakie często można zobaczyć w wesołych miasteczkach. Swoimi kolorami przyciągnąłby niejednego gapia, ale jakoś nikt nie zwracał na nas uwagi. Ślepi ludzie... kierowcą był mężczyzna - łysy, wysoki i barczysty, taki w typie tępego osiłka do wykonywania brudnej roboty. Ale nie było w nim nic z stereotypowego. Teraz już wiem, że miał pełnić rolę mojego przewodnika i ochroniarza... przynajmniej do momentu pozbycia się mojej duszy. Pamiętam, że pędziliśmy tym małym samochodzikiem, a On opowiadał mi o tym jak wszystkie moje oszczędności będą podzielone między 22 moich przyjaciół i że teraz jedziemy zmienić mój testament, bym nie straciła wszystkich pieniędzy. Wtedy zapytałam go, czy to życie po śmierci jest często występującym zjawiskiem. Bo jeśli tak, to dlaczego nikt z żywych o tym nie wie? Gdyby uświadomić wszystkich, że umieranie nic tak naprawdę nie zmienia, to może ludzi inaczej podchodziliby do życia... ale nie uzyskałam żadnej odpowiedzi. Może żywi nie są w stanie tego zrozumieć? A może tylko umarli są na tyle wytrzymali by pogodzić się z faktem, że śmierć nic nie zmienia. Nie ma happy endu. Nie ma nieba. Ciągle tkwisz w tym samym miejscu, i będziesz w nim tkwić do końca końców.

Ludzka dusza musi być bardzo cennym obiektem. Dlatego był mi potrzebny mój ochroniarz, gotowy by skrzywdzić każdego, kto chciałby mi ją odebrać. Musiałam się jej pozbyć dobrowolnie, choć tak naprawdę nie wiem po co. Dusza powinna iść do nieba... ale do jakiego nieba? Przecież moja świadomość jest tu, na ziemi. I zawsze tu będzie. Nieba nie ma. Piekła nie ma. Po drugiej stronie nie ma nic... cholera, nie ma nawet „drugiej strony”. Więc, po co ta dusza i całe z nią ceregiele? Teraz tak dumam... Ale wtedy każde Jego słowo było prawdziwe, nie poddawałam żadnych czynów pod wątpliwość. Był po to, by mnie chronić i nauczać. Uciekaliśmy więc przed ludźmi, którzy połasili się na moją świeżą duszyczkę. Znów jazda jakimiś dziwnymi pojazdami, przez dziwne ulice, między dziwnymi budynkami. Udało się wrogów zwalczyć, zgubić, ale tylko na trochę. Rytuał uwalniania duszy musiał nastąpić szybko, dopiero wtedy dadzą mi spokój.

Byliśmy na najwyższym piętrze najwyższego budynku... chyba tylko po to, by być bliżej nieba... co za bezsens. Balansując na rurze od kaloryfera wyglądaliśmy przez okno. Rytuał miał polegać na zapisaniu na kartkach najbardziej znaczących momentów w swoim życiu – chronologicznie, każde wydarzenie na oddzielnej kartce. Pierwszym z nich miały być moje narodziny, ostatnim – śmierć. To, co znalazło się pomiędzy nimi, zależało już wyłącznie ode mnie. To chyba swego rodzaju rachunek sumienia i podsumowanie całego swojego dorobku na tym świecie. Czytając po kolei te opisane sytuacje, przeżywałam je po raz kolejny. Zapisanych miałam tylko 6 oddzielnych arkuszy papieru... płakałam okrutnie z żalu, że nic nie osiągnęłam, że popełniłam w życiu tyle błędów, których już się nie da naprawić. Tamto życie musi iść w zapomnienie. Przedostatnia kartka to opis mojego nieudanego związku. Wiele lat z jednym facetem, który potem zostawił mnie bez mrugnięcia okiem. Płakałam w mankiet mojemu przewodnikowi, pytając, dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe. Dlaczego tyle się trzeba nacierpieć, a nie ma na końcu żadnej nagrody? Ale On kazał mi czytać dalej - z resztą została już tylko jedna strona, ta opisująca moją śmierć. I z każdym słowem ból zdawał się znikać. Aż w końcu przestałam go czuć - uwolniłam moją duszę, byłam zupełnie pusta.

Siedziałam na kanapie w znanym mi pokoju, ale bez pojęcia jak się tam znalazłam. Czułam się źle. On stał nade mną i tłumaczył mi jak teraz mam sobie radzić, ale ja nic z tego nie mogłam zrozumieć. Nie chciałam żeby mnie opuszczał - przecież ja sobie teraz nie dam rady!!! Obięłam go błagając by mnie nie opuszczał. Wtedy powiedział coś, żeby mnie pocieszyć, jakiś frazes typu „zawsze będę przy tobie”. Ale ja wiedziałam, że to kłamstwo, że zniknie zaraz i zostawi mnie zupełnie samą. Zamknęłam oczy nadal pokracznie przytulając tą jedyną osobę, której mogłam wtedy zaufać. Ale On już przestał być.

Obudziłam się, wtulając się w kołdrę w zupełnie obcym łóżku, otoczona nieznanymi przedmiotami. Miałam zacząć nowe życie, zapisać zupełnie nowe kartki. Teraz wszystko miało być prostsze i łatwiejsze, a wcale takie nie było. Byłam smutna, samotna i pusta.

I wtedy obudziłam się naprawdę. Nadal czułam się smutna samotna i pusta. Już dawno nic mnie tak nie wyprowadziło z równowagi... głupi sen.

2011-03-01 ...

Zaręczyłam się...

2011-02-15 Że hę?
Nie umiem się wysłowić. Po prostu. Mam objawy Alzheimera, lub amnezji nieuzasadnionej. Nie uderzyłam się w główkę, traumy psychicznej też nie przeżyłam... więc skąd mnię się wzięła ta nagła trudność w komunikacji?? Bladego pojęcia nie mam, ale fakt jest taki, że pierniczę od rzeczy czasem i sama siebie nie mogę zrozumieć. W żadnym języku. Na żaden temat. Czasem wolę po prostu zamknąć paszczękę i cichaczem siedzieć, niż błaźnić się na forum nieskładną wypowiedzią. Niestetyż, nie zawsze da się tego uniknąć... ale wtedy przydaje się inna przypadłość, na którą cierpię ostatnimi czasy - tumiwisizm. Ło matko, no i co z tego, że pierdolnęłam gafę?? Bo to pierwszy raz? Bo to ja jedyna? Świat się przez to zawali? I co mnie ogóle obchodzi opinia innych osób? No? No dobra, opinia innych mnie jednak trochę obchodzi, ale chyba tylko tych bliskich innych. Reszta mnie wisi... jak kilo kitu na agrafce. Niemniej jednak, niepokoją mnie te objawy... no i koniec. Miało być więcej i na różne tematy, ale mi to wszystko uciekło. Poszło wpizdu i już sobie nie przypomnę co to ja chciałam. Zakończę więc ten post bez ładu i składu... ale wrócę, jak mnie tylko znów coś olśni.

2010-10-24 Rhythm...


Buena Vista Social Club - Chan Chan

2010-10-10 :)

Zakochałam się... na zabój, na śmierć, na całe życie. Zakochałam sie zupełnie bez pamięci i sensu. Nurzam sie w tym uczuciu jako ta rusałka w jeziorze:)

2010-08-25 Intermission...
Chwilowa przerwa w ćwiczeniu zwały...

Zrobiłam makaron... nie tam jakieś paczkowane gówno z supermarketu, tylko normalny ludzki makaron. Z mąki. I jajców. I o dziwo był co najmniej jadalny! Nie kleił się specjalnie i twardość miał całkiem odpowiednią. Może i makaronowe paseczki różniły się szerokością nie tylko od tych, które robi moja babcia, ale również od siebie nawzajem. Ale ‘TO CO?’, się kulturalnie pytam. Różnorodność nie jest zła... po kiego grzyba mi sztuki makaronowej się uczyć na stare lata? Ach, bo widzicie Kochani... ja szukam...

Szukam dla siebie czegoś... nawet dokładnie nie wiem, jak to nazwać. Hobby? Pasja? Sposób na odreagowanie? Szukam czegoś dla siebie... sama nie mam pojęcia, po co mi to coś, ale czuję, że jak tego nie odnajdę, to najzwyczajniej w świecie ocipieję. Odejdę od zmysłów i już nigdy nie wrócę. Więc chwilowo postanowiłam rzucić się na gotowanie. Zabrałam się do tego od dupy strony... wypisałam sobie w specjalnie przeznaczonym do tego kalendarzu ciekawe przepisy wygrzebane w necie, mając ino blade pojęcie, co to ochra lub ciecierzyca. Parę razy wycudowałam jakieś pseudo-egzotyczne danie o równie pseudo-egzotycznym smaku. Pokusiłam się nawet o sushi z zakupionego niedawno w Éire zestawu. Rodzina, początkowo sceptycznie nastawiona do wodorostów, żarła aż uszy się trzęsły i tylko ja wiedziałam, że maki zjebałam wręcz konkursowo. I mi się wtedy zebrało na dumanie... po co marnować czas i energię na coś, czego nikt nie zna i nie umie obiektywnie ocenić? Zwłaszcza, że mam tendencje do wybierania przepisów dość kosmicznych z cholernie drogimi składnikami... przecież na eksperymenty przyjdzie jeszcze czas.

Potem gdzieś przypadkiem dorwałam ciekawy artykuł w Twoim Stylu o gotujących kobietach. I ja też bym tak chciała z kuchnią za pan brat, żeby mi cuda z najprostszych dań wychodziły. No i tu klops, bo ja ni mam pojęcia o prostych daniach. Niby coś mi się tam majaczy, że woda i kości i listek laurowy, ale ja duszy gastronomicznej nie posiadam. Jak nie mam przepisu i jak nie popatrzę, to choćbym się zesrała, sama nie wykminię, o co chodzi. I stąd ten makaron. Jedna z najprostszych rzeczy, która mi przyszła do głowy... bo jak mi to wyjdzie, to i z pierogami se poradzę. A pierogów przecie z pięć zylionów rodzajów jest. Teraz jakąś zupkę tylko ostukam i będę już normalnie umiała skonstruować dwudaniowy obiad! Jestem pozytywnie nakręcona :P

2010-04-08 Badziew...
Ten rok od samego początku był badziewiasty... łamane kończyny, niedziałające sprzęty, rodzinne niesnaski - wszystko szło nie tak, jak trzeba. I co gorsza ta tendencja nadal się utrzymuje. Wywalą mnie z roboty... najprawdopodobniej, choć istnieje cień szansy, że wyskrobią jakiś etat. Dziś, oficjalnie na dywaniku u dyrektora dowiedziałam się, że z powodu reorganizacji jestem pierwsza do odstrzału... i ja wieeeeeeeeeem, że i tak chciałam tę zasmarkaną pracę zmienić w związku z wyprowadzką. Ale było mi jakoś lżej na sercu, kiedy sobie pomyślałam, że jak nie uda mi się znaleźć nic nowego, to zawsze mogę zostać na starych śmieciach. A tu chuj bombki strzelił, stare śmieci się na mnie wypinają, a nowych śmieci na horyzoncie ani widu ani słychu. W głowie mi się do tego wszystkiego jeszcze poprzestawiało - zwalam to na karb przesilenia wiosennego, czy tam innych turbulencji atmosferycznych. Ale fakt jest taki, że nie umiem ani mówić, ani pisać, ani nawet myśleć. Totalny mętlik w głowie, skupić się nie da. I żeby było weselej, to jeszcze rodzina dopierdala do pieca codziennie męcząc mnie o tą moją magisterkę... a ja nie umiem, nie potrafię, nie chce! Wykonuję więc niezbędne do egzystencji minimum, a potem chowam się w kieszeń i tam czekam aż to wszystko minie.

PeeS 10.04.2010 - a nie mówiłam, że ten rok jest do bani??


Tyle...
...się zawieruszyło:
 
78007
...się wypowiedziało:
 
3723
...się zaksiegowało:
 
2091
Jeśli spodobał ci sie mój blog - zagłosuj, jeśli nie - też zagłosuj... Dziekuję!
Aktualna liczba głosów:
 
2714
Zobacz serwisy INTERIA.PL